BEAST mode. Alex Chu mode. Teraz City Hunter mode.
Wszystko się zazębia i faluje, niezależnie od siebie, niczym trzy powierzchnie morza nałożone na siebie. Czasem któraś fala dominuje - innym razem wszystkie są nisko. Czasem dwie fale pryskają mi w oczy na przemian. Jedna jest teraz wyjątkowo wysoko. Dryfuję w niej, ale wciąż widzę ląd. Dopływam do niego i wychodzę na brzeg, ale fala znów mnie zmywa. Teraz już na szczęście nie tak daleko. Chyba najgorsze za mną. Zaczynają się regularne przypływy. To dobrze.
Wciąż muszę pamiętać, że na lądzie czeka mnie praca. I choć dryfuje się miło, jeszcze nie czas na to. Muszę trzymać się Ziemi. Zrosić ją swoim potem. Jeszcze trochę.
If you want me to listen, whisper. If you want me to run, just walk.
Od obejrzenia „You’re beautiful” minęło sporo czasu, ale przed chwilą obejrzany (po raz zresztą setny chyba) amatorski teledysk opiewający nieszczęśliwą miłość Shinwoo do Minyu uświadomił mi, że chyba rozstrojenie, którego doznałam podczas ferii zimowych, a które odbija się teraz trochę na mojej codziennej organizacji i nasilonej fazie na kpop, chyba jednak miało w tej dramie silne korzenie.
You’re my obsession the question and conclusion
Ten teledysk wywołał we mnie bardzo podobne uczucia, co niegdyś video do „Time after Time” po Goongu. Niestety nie mogę znaleźć tamtego widea... a może stety...?
Let us make a thousand mistakes 'cause we will never learn...
RED: Jakie uczucia i emocje chcesz wywołać u osób, które będą słuchały twojej muzyki?
MIYAVI: Chcę, by moi fani czerpali z mojej muzyki pozytywne emocje, bez względu na to, czy jest to muzyka ciężka, elektroniczna czy akustyczna. Bez względu na wszystko, bądźmy nastawieni pozytywnie, ponieważ żyjemy. Nie umrzemy sami z siebie, prawda? Muzyka powinna to popierać, w przeciwnym razie sądzę, że nie ma sensu, żeby istniała ot tak. Naprawdę nie musimy słuchać muzyki, by żyć. Musimy jeść, spać, uprawiać seks, żeby mieć dzieci i przekazać swoje DNA następnym pokoleniom. To wszystko. Możemy żyć bez muzyki. ALE. Ale jej potrzebujemy. Prawda? Żeby żyć lepiej.
Nie chciałabym tu polecieć moim osobistym poglądem na Chosen Nation (uwielbiam i podziwiam), bo to chyba nie jest odpowiedni moment (chociaż...?), ale ten facet mnie ostatnimi dniami zaintrygował.
Zawsze lubiłam wyraziste osobistości, zresztą jest przystojny, ma piękny uśmiech (wpisuję go natychmiast na Listę Top Best Smiles Ever) i co najważniejsze - głos! Od pierwszej nuty, którą usłyszałam (- Hey z początku "Whataya want from me") wiedziałam, że coś wyjątkowego jest w tej barwie. Poza tym - technika: Adam wyciąga niesamowite nuty bez żadnego słyszalnego wysiłku, swobodnie przejeżdża po oktawach, potrafi okrasić dźwięk chrypką lub cudownie i równomiernie zwibrować. Ma imidż rockmana, który mi odpowiada, i może czasem za mocno ma oczy umalowane, to jednak - jestem za! :D
Poza tym jest gejem - nie wstydzi się tego, ale też - poza prowokacjami, na które jednak, myślę, swobodnie może sobie pozwalać, bo nie musi się obawiać powstania dyskusji pt. Is he a gay?! or is he not?! (to ma już za sobą) - ale też nie wykrzykuje ze sceny more rights for gay community!, jak co poniektórzy. Po prostu jest sobą, całuje facetów jeśli ma taką potrzebę, ale robi to rzadko publicznie. No i dobrze. Ja nie mam osobiście nic do gejów, ale widzieć całującą się parę - męsko-męską czy nawet damsko-męską na ulicy! - to nie jest widok, który lubię.
Hmm. No tak, wiedziałam, że pisząc o Adamie zahaczę o wątek jego orientacji. Ha... ale nie na tym chciałam się skupić.
Mam fazę i wiem o tym. Kradam, Adison, Kradison. Kris Allen + Adam Lambert + Allison Iraheta. Ostatnio - konkretniej od 22.05 - tym żyję. Ha.
Dzięki tej postaci zauważyłam wiele ciekawych rzeczy na temat mnie samej. Dostrzegłam, że powinnam jeszcze wieeele zrobić żeby brzmieć pewnie podczas śpiewu. Muszę także określić swój "próg" między "brzusznym" głosem a headvoicem. To pomoże mi dobierać tonację do repertuaru, który wybieram.
Wiele, wiele, wiele słów nasuwa się w związku z wczorajszą tragedią. Część z nich zapisałam w dzienniku, część w formie modlitwy wysłałam do Boga. W tym momencie brakuje mi słów.
Po długim, bardzo długim i pełnym frustracji czasie udało mi się zalogować na bloga! Wielokrotnie zmieniany (od imidżu po adres), przez ostatnie kilka miesięcy unosił się w wirtualnej przestrzeni, a ja nie mogłam się nim zaopiekować. Teraz znów mam nad nim kontrolę - powracam!
Leżę spocona połowicznie pod kołdrą, potargana, wokół mnie cukiereczki, przede mną zipia.net, we mnie Azja. Ta prawdziwa, czasem badziewna, kiczowata, czasem brutalna, pachnąca szybkim daniem z kluskami i egzotycznymi kwiatami. Gdzieś w oddali spokój, góry, świeży powiew wiatru przynoszącego herbacianą woń ukojenia. Za zasłoną ekranu gwarny magazyn pełen ciuchów, mnóstwo ludzi przy komputerach, zmęczenie, zaduch, światło jarzeniówek. Na ekranie świeże dziewczęta, przewiewne tkaniny, wolność, światło poranka i wczesnego popołudnia, zielone przedmieścia, gorąca kawa na wynos.
Pot ścieka mi po czole, nogi mam całe mokre. Ale to dobrze, mam się wygrzewać. Grzeję się więc w tym wszystkim, komórka wyłączona, nie chcę żeby mi ktoś przeszkadzał. Chiński romantyzm zbliża mnie i oddala od pracy domowej związanej z tym europejskim. Idźcie sobie, prostoocy, idźcie i zostawcie mnie na chwilę w otoczeniu tego gorąca i pięknych, niewinnych twarzy okolonych kaskadami ciemnych włosów. Ciałem jestem tu, lecz duszą daleko daleko, w gwarze przedmieść azjatyckich miast, czekając...
Marzę o chwili odpoczynku, o wietrze targającym mi włosy i głaszczącym twarz, o szumie liści nad głową, świergocie ptaków gdzieś wokoło, o słońcu, zieleni, szeleście wody, dobrej książce i braku cywilizacji.
By marzyć.
Co najmniej dwa razy miałam napisać. Dwa razy. Za pierwszym mylog był nieżywy (bez komentarza), za drugim myśli wpadły mi do głowy w tramwaju i wypadły przystanek przed wysiadką. Więc i z tego nic nie było.
W dodatku miesiąc temu wysłałam smsa z wykupieniem reklamy i do dzisiaj nie otrzymałam kodu. Czadowo. Nawet nie wiem czy pobrano mi opłatę czy nie.
A działo (dzieje?) się trochę. Nic, niewiele albo mnóstwo różności, jak kto woli.
Małe kotki i Ralph Fiennes. <3
Haha.
W szkole kryzys. NP lecą z hiszpańskiego i ze słownikiem jestem do tyłu. Na polskim nie odzywam się tak często jak kiedyś i lada dzień mnie zapyta z romantyzmu. Na matematyce - porażka. Mam niby 2, 4 i 2, nie tak najgorzej, ale moją dumę boli to, że nie potrafię ostatnio myśleć w ogóle. Boli.
Najlepiej się czuję w angielskim i do konkursu ma tak pozostać, a nawet lepiej być. Tylko nie chcę, żeby to się odbiło na reszcie przedmiotów dla mnie ważnych. Ale to nie warunek. Po prostu nie chcę, a co przyniesie los to bedzie.
Czadowo. Czadowo. Ostatnio nadużywam tego słowa.
Miałam napisać o operze na której byłam. "Juliusz Cezar". W recenzji piszą, że Ptolemeusz był... jak to szło?... histeryczny, ale mnie tam przypadło to gustu jego szaleńcze miotanie się po scenie i wbijanie szpilek w laleczkę wudu. Totalny czad! ^^
Naszło mnie na brytyjski angielski. To przez Toma Hollandera (kolejny wariat) i jego absolutnie niesamowity głos, konkretniej akcent. Mogłabym go słuchać i słuchać, co uskuteczniałam z nieukrywaną przyjemnością tydzień temu oglądając "Piratów z Karaibów".
Boże. Daj mi cierpliwość, jasne plany i cele, silną wolę. I zapal światło na niebie.
Bo to może wszystko przez to.
Chryste Panie, jakbym czytała o sobie! Niemalże każde zdanie przybliża mnie do odpowiedzi na jedno z wielu nurtujących mnie pytań na temat mojej osoby. Jestem prokrastynatką i nareszcie to wiem! A uświadomienie sobie schorzenia jest pierwszym krokiem do wyleczenia go! ;)
Leniusiek. Zero zainteresowania wypisywaniem nazwisk z 'Potopu', na minusie fascynacji ustalaniem wycieczki po okolicy na projekt z geografii, skrzywienie na myśl o matematyce. Dzisiejszy dzień był, jest i będzie leniwy.
Najpierw Walkathon, miłe spotkanie, potem małe karaoke w domu (końcówka 'Love in the ice' na dwa głosy wyszła fajnie ^^d) i obecnie jestem w fazie - a raczej zakończyłam już ten etap - dialogowego nicnierobienia. To znaczy przegadałam trochę na gg błąkając się po sieci i skacząc po iTunesie.
prawdziwa data utworzenia wpisu: sobota, 23 sierpnia
(Gdy tylko chcę coś napisać, mylog siada.)
Zatopiłam się w 'Potopie'. Pomimo całkiem sporej ilości głosów poparcia dla tej powieści, jakoś ciężko mi było zacząć. Chyba z każdą lekturą czy książką historyczną tak jest. Początki są trudne. Lecz po krótkim czasie zaczęłam się wciągać, a nawet w pewnym momencie przyłapałam samą siebie na okrzykach 'och!' i wybałuszaniu oczu w stronę czytanego fragmentu. Teraz zaś jestem już na takim etapie, że książkę przed nosem mam zawsze i wszędzie, bom wielce ciekawa jak się dalej potoczą losy Kmicica i pana Wołodyjowskiego. Bo też i oni dwaj największe zainteresowanie u mnie wywołali.
Poza hordami Polaków, Szwedów i Tatarów, przelatującymi przez głowę przy akompaniamencie świstu kul i przednich żartów pana Zagłoby, łapię się już nawet na używaniu tej charakterystycznej składni w co poniektórych wypowiedziach :) co prawda w moim słowniku pogrubioną czcionką (zarezerwowaną dla słów często używanych) już od dawna pojawia się 'ano', 'jednakowoż', 'jam' - jednak dzięki Sienkiewiczowi odkryłam jeszcze sporo tego typu archaicznych słówek, które zapewne wejdą do mojego języka potocznego, hehe.
Jutro z rana jadę z mamą jeszcze do Zakopanego, a konkretniej kilkadziesiąt metrów wyżej, do Zębu (Ząbu?). Tak w ramach ostatniego świeżego westchnienia przed rokiem nowym szkolnym. Świeże powietrze dobrze mi zrobi tuż przed początkiem harówy, a i mam nadzieję, że w tym roku jeszcze lepiej sobie poradzę. Oby tak było, tak mi dopomóż Bóg. (Niestety zauważyłam, że moja umiejętność wynoszenia próśb przed Majestat gdzieś się skryła... a według ostatnio zasłyszanej homilii najpierw powinno się nauczyć prosić - dopiero później dziękować.)
Skomentuj | (0)